niedziela, 28 listopada 2010

Po wyborach.


No i po wyborach. Wybór burmistrza był jak wybór między dżumą a cholerą. Z jednej strony nieudolny plastikowy Roguski z nieusuwalnym przyklejonym uśmiechem , z drugiej 2 panów, którym w długim życiu nie chciało się uzupełnić wykształcenia. Mamy XXI wiek i nie ma powodu żeby miastem zarządzał ktoś z wykształceniem jak naczelnik Boczek z „Kariery Nikodema Dyzmy. O Bujalskim, który ma swoje niezaprzeczalne zasługi dla Kobyłki ,chodziły plotki, może złośliwe, że facet nie umie wysłać maila. Niedawno ćwiczyliśmy prezydenta i premiera bez konta w banku, prawa jazdy i komputera. Niektórym się to spodobało, ale zwolennicy opcji całkowitego oderwania od realiów są w mniejszości. O drugim kandydacie wiem tylko tyle, że z powodzeniem prowadzi skład złomu.
Ludzie już od września poszukiwali jakichkolwiek informacji o kandydatach na stanowisko burmistrza – bez skutku.
Dla mnie było jasne ,że wygra Roguski. Po pierwsze taka jest tendencja w całej Polsce żeby burmistrzom dać druga kadencję na dokończenie realizacji obietnic. Po drugie brak jakiejkolwiek realnej alternatywy. Nikt rozsądny i przygotowany do takiej pracy o to stanowisko się nie starał. O programie i pomyśle na Kobyłkę nie wspomnę- takiego nie ma także Roguski.
W okolicy jest tak samo – nikt się o posady burmistrzów i wójtów nie zabija. W Wołominie[pobliskim dwóch głównych kandydatów Mikulski i Rytel to panowie mocno w latach i znani mieszkańcom miasta od lat. Oni już pokazali co potrafią i nie zachwycili. Pozostali kandydaci to też osoby niezbyt wyraziste, żaden na pewno nie jest spełnieniem marzeń wyborcy.
Myślę sobie, że na stanowisko kasjerki w Biedronce jest więcej chętnych niż na fotel pierwszego obywatela miasta Kobyłka.
Tak więc wybór Roguskiego mnie nie zaskoczył bo wyboru nie było.
To co mnie zaskoczyło to wybór radnych.
Zdecydowanie wygrali kandydaci z komitetu Roguskiego. Zupełnie tego nie mogę pojąć!
Mieszkańcy narzekają na forach, ulica szemrze, że Roguski miasto zadłużą ,że obsadza stanowiska znajomymi rodziną , zapożycza się na kiczowate koncerty, ale nie chcą mu patrzeć na ręce.
Kiedy maja szansę kontrolować jego poczynania wybierając czujnych radnych z własnej woli oddają cała władzę w ręce burmistrza i jego kolegów.
Że Roguski niczego dobrego w tej kadencji nie zrobi jest oczywiste- nie ma żadnego nośnego pomysłu i pieniędzy w tej kadencji mieć nie będzie . Ale można by choć trochę ograniczyć hucpę w urzędzie, zdyscyplinować to towarzystwo urzędników robiących bez żenady zakupy w godzinach pracy. Popatrzeć karcącym okiem na zastępcę burmistrza, który daje swojej żonie dotację z naszych pieniędzy na jej prywatne przedszkole , a sam w ciągu tej kadencji zmienił samochód na wypasione Porsche Cayenne i rozbija się nim po dziurawych drogach naszego miasta jak jakiś Urbański czy Wojewódzki. Nie mówił mu nikt ,że trzeba małą łyżeczką konsumować, żeby nie rozsierdzić ludzi?!
Teraz rada będzie jak ten sejm w socjalizmie „ stuk puk laską w podłogę sejm, sejm wyrażą zgodę”. Jednogłośnie…
Ciekawi mnie też skąd tylu nauczycieli chętnych do płatnej pracy „społecznej”. Moim zdaniem nauczyciel w ogóle nie powinni kandydować na radnych. Nie gwarantują niezależności- burmistrz jest przecież ich pracodawcą. Każdy z nauczycieli chce się w radzie miasta zająć problemami młodzieży, pracować dla jej dobra , organizować jej zajęcia pozaszkolne. Prawie się wzruszyłam tą szczerą troską, aż nagle zły chyba podszepnął mi wątpliwość- a w szkole nie mogą?! Muszą w radzie?!
Ja wiem, że nie zawsze było na kogo głosować, niektórzy kandydaci na radnych pisali o sobie „ daj mi swój głos a będę wypełniał myśl Prezesa plus zdjęcie z Kaczyńskim, ale można było wybrać kogokolwiek z jakiejkolwiek innej niż Roguskiego listy, a tak „cała władza w ręce rad”

Wybory


To co działo się w noc ciszy wyborczej zakrawa na komedię. W tak małym mieście ,gdzie jak myślę ,zna się sąsiadów od pokoleń, klejenie plakatów w piątkową noc przypominało zabawę w podchody.
I w zabawie tej nie brali udziału harcerze ,ale dorośli chłopcy w terenowych samochodach. Wygląda na to ,że nie wierzą ,że wiemy na kogo głosować, a to jak zagłosujemy będzie zależało od tego czyj plakat będzie na wierzchu. Podobno nie wolno zaklejać plakatów, ale jest to praktyką nagminną. Naklejanie, zrywanie konkurencji politycznej, dążący do reelekcji burmistrz zaklejał nawet plakaty swoich kandydatów. Odwiedziłam pobliski Wołomin gdzie makulatury na wybory wyprodukowano o tony więcej. Tam słupy ogłoszeniowe przypominają pana Zagłobę, takie mają „brzuchy”. Zły przykład idzie stamtąd ? Naprawdę w takim mieście jak Kobyłka nie może odbywać się to inaczej? Wiem jak wygląda burmistrz i czy muszę oglądać jego wizerunek przyklejony do każdego drzewa? Znam kandydatów na radnych, a jeśli nie to poczytam o nich na ulotkach, stronach internetowych, gdziekolwiek. Jeśli burmistrz przekona kogoś swoją czteroletnią pracą to i tak dostanie głos.

poniedziałek, 6 września 2010

BAZARY

Są dwa ważne. W Wołominie w czwartki i soboty i w Radzyminie w soboty i środy.
Po przeprowadzce strasznie trudno było mi bez bazaru na Banacha. Bez bazaru nie ma dla mnie życia więc zaraz po transferze zasięgnęłam wiedzy i udałam się na rekonesans.
Bazar w Wołominie lepiej odwiedzać w sobotę. Jest wtedy zdecydowanie więcej sprzedających.
Można tam kupić prawie to wszystko co na każdym bazarze. Jednak jest kilka miejsc szczególnie wartych wspomnienia. Większość handlujących ma towar standardowy, po taki szkoda jechać na bazar, szczególnie, że ceny nie są zdecydowanie niższe niż w sklepie.
Ale (w chyba drugiej alejce- nie wiem chodzę na pamięć ) zawsze sprzedaje starsza pani. Ma wspaniałe pomidory z własnego ogrodu : malinowe, żółte, wole serca, wspaniałe zioła i cukinie i kabaczki każdego wzrostu i rozmiaru. Zawsze kiedy mogę kupuję u niej włoszczyznę, mniejszą, niewyględną, umorusaną glebą, ale jaką aromatyczną!
W pierwszym szeregu budek z mięsem odkryłam ku zadowoleniu rodziny i gości budkę, w której bywa baranina. Można też ją zamówić telefonicznie i już nie trzeba jeździć na plac Szembeka.
Kwiaty to następna rzecz, którą warto kupować na bazarze. Świeże i w zdecydowanie hurtowych cenach. Również rośliny do ogrodów i na balkon. Przyjeżdżają producenci i wybór i ceny bez porównania z tymi w centrach ogrodniczych. Starsze panie wiosną sprzedają za bezcen wielkie karpy dalii i irysów. Większość ogrodników handluje krzewami róż i drzewek za ogrodzeniem bazaru.
Jest zawsze pan z różnymi ziarnami, kaszami etc. Niestety nie słyszał o pszenicy na kutię. Na szczęście jest już w supermarketach.
Czosnek i wszelakie przyprawy w pełnym wyborze. Chociaż kiedyś nauczyłam się czegoś nowego, poprosiłam pana sprzedającego przyprawy o 3 opakowania białej i 2 czarnej gorczycy. Pan dał mi białą, a czarną , powiedział, sprzedaje tylko w zimie!... Ostatnio n.p. taki rzadki rarytas:

W pierwszej alejce, tuż przy budkach z mięsem stoi też pan handlujący pysznym chlebem z pełnego ziarna. Chleb jest świetny , wytrzymuje cały tydzień . Dostępny jest w bochenkach różnego wzrostu. Można kupić sobie wielki z blachy, albo mały - jak człowiek wstrzemięźliwy w pożarciu! Jest stosunkowo drogi, ale jaki ma być dobry chleb- tani? Poza tym nie samym chlebem….
No i nabiał. Sery , jajka od kury grzebiącej, śmietana i mleko.
Bazar w Radzyminie jest większy, bardziej malowniczy. Warto tam zabrać dzieci- to jak wycieczka na wieś. Kury, gęsi, króliki maści przeróżnej. Uprzęże dla koni, wiadra ocynkowane, baloniki na druciku- kolorowe jarmarki normalnie !.
Z nabiałem jest tam cała długaśna aleja.

BASEN


Basen był. Był w Wołominie. Do dziś po nim płaczemy. To był zwykły mały basen. Wieczorem prawie pusty. Przed 22-ą można było sobie spokojnie pożabkować. W Warszawie w tych godzinach jest masakra- pełno ludzi. Tani był. Bez zjeżdżalni, fal i jaccuzi. Był , ale go zamknęli. Obiecali, że otworzą nowy. Zobaczymy. Swoją drogą ciekawa inicjatywa z tym zamknięciem, zamknęli stary zanim otworzyli nowy przy aplauzie radnych, szczególnie jednej, lekarki, która to nie umie pływać, za to ma liczne dowody na szkodliwość pływania w basenie. Całą rodziną korzystaliśmy z tego przybytku i nic a nic nam się nie stało.
Swoją drogą w starożytnej Grecji człowiek był uważany za wykształconego dopiero kiedy umiał pływać i czytać. Standardy się obniżyły?
Dziś w kraju , gdzie ponad 60 procent ludzi nie umie pływać , pozbawianie dzieci możliwości nauczenia się tej sztuki budzi mój szczery podziw, wymaga bowiem odwagi połączonej z kompletnym brakiem wyobraźni.

Pasy słuckie


A właściwie kobyłkowskie. Słynęła bowiem dawnymi czasy Kobyła z ich wytwórni. Dzisiaj to rzadkie kolekcjonerskie rarytasy, na które polują kolekcjonerzy po Desach i aukcjach przeróżnych. Zawsze podobał mi się ten epizod z życia naszego miasteczka i ucieszyłam się z inicjatywy miasta – wystawy pasów kontuszowych.
Piękne są , mnóstwo ciekawych zwyczajów jest z nimi związanych, zachwycają wymyślnymi wzorami i pełną znaczenia kolorystyką. Cała wielka wiedza jest z nimi związana, ale zwykłemu zjadaczowi chleba wystarczyłoby gdyby mógł ich pięknem nacieszyć oko.
Ucieszyłam się, przeczytawszy na stronie internetowej miasta o tym wydarzeniu, ale radość moja trwała krótko. W środku upalnego lata banery zapylone pomarańczowym kurzem były całkowicie nieczytelne. Teraz można je zobaczyć, ale tylko wtedy gdy się człowiek mocno wysili. Ze srony internetowej miasta:”Spacerowiczów i podróżnych zmotoryzowanych zachęcamy do obejrzenia wystawy.”
Niestety banery zawieszone są na takiej wysokości, że pieszy ich nie widzi, a kierowca nawet nie powinien jeżeli chce dojechać cały do domu. Fajne hasło, dobry pomysł – szkoda, że wyszło jak zawsze.
Dla tych , którzy pozostają z niedosytem wrażeń wiersz Jacka Kaczmarskiego

Człowiek się staje bardziej ludzki
Gdy się przepasze pasem słuckim.
Ów słusznie słynie w świecie sławą,
Że lewa stronę ma i prawą.
Te same wzory i ozdoby
Dwoisty dobór barw rozdziela:
Tą stroną na wierzch – znak żałoby,
Odwrotną zasię – znak wesela.
Kwiecista jest wymowa stroju,
Milczącym mówcą –szlachcic strojny:
Złotem lśni brzuch na czas pokoju,
A karmazynem na czas wojny.
Pas przypisuje jak proporzec,
Czyni hetmanem lub hołyszem:
Zechcesz- poszarzy cię w pokorze,
Wzrośniesz-roziskrzy w słusznej pysze.
Gdy –wobec wiary-gnębi żal win,
Pas słucki chwacko zeń wyzwoli:
Tak się owiniesz-jużeś kalwin,
Na opak włożysz- Toś katolik!
Przy tym niewielka jest to praca
Gdy zmienny humor, mus, kaprys, chęci:
Ot parę razy się obracasz-
Nawet się w głowie nie zakręci!
Gdy słuckim pasem się przepaszesz-
W siłę słabości zmienisz lasze.
Pas wszelkich możliwości miarką:
Póki na brzuchu – łeb na karku!

czwartek, 19 sierpnia 2010

Biedronka

Byłam, zobaczyłam. Myślałam, sprytnie sobie, że przezornie będzie przeczekać dzień otwarcia, ale na nic spryt mój. Następnego dnia w nowo otwartym przybytku Jeronimo Martins nie można było się obrócić na własnej pięcie takie było zainteresowanie wydarzeniem. Sklep jak sklep, niby duży , ale ciasny, stanowczo mały parking, ale i tak o niebo wygodniejszy niż ten w zielonkowskiej Biedronce. Z ciekawostek – Biedronka ma ananasy na wagę- jak żyję jeszcze takiego dziwa nie widziałam, ale może w tym ukryta jest jakaś myśl nowatorska, projekt jakiś przebiegły, który stanie się autorskim wkładem Polski do światowego handlu.
No a teraz poważnie i bez malkontenctwa. Powstał nowoczesny tani sklep w miejscu błotnistego ugoru. Blisko staji gdzie dotychczas nie było gdzie zrobić zakupów. Dla parkujących tam w drodze do Warszawy wielkie udogodnienie, zawsze można zrobić zakupy w drodze powrotnej do domu!

OSSÓW

Nieudana próba odsłonięcia mogiły żołnierzy rosyjskich na Polakówej Górce była całkowitym, spoza grobu, zwycięstwem bolszewikwów. Nie mogę sobie bowiem przypomnieć innej nowożytnej kultury, która w takiej pogardzie miałaby prawo do godnego pochówku zmarłych.
Wszystko już w tej sprawie powiedziano, ale ten wielki wstyd spada na wszystkich mieszkańców naszej gminy, chociaż wydaje się, że to nie oni byli tego wstydu sprawcami.
Główną grupę protestujących stanowili obrońcy krzyża sprzed Pałacu Namiestnikowskiego, którzy przybyli w niedzielę do Ossowa, aby Rosjanom ich krzyża odmówić.
Oczywiście nie brak było tez okolicznych oszołomów, n.p. młoda kobieta z Zielonki chciała od ministra Kunerta placu zabaw dla dzieci na Bankówce zamiast mogiły żołnierskiej. Droga Pani, nie ten adres , nie ten budżet- w tej sprawie powinna pani nachodzić swojego burmistrza zamiast skakać po grobach!
Głównymi winowajcami całego zamieszania okazali się wołomińscy tzw. radni. Świadomi zbliżających się wyborów, postanowili zaprotestować. Wykorzystali sytuację atakując za decyzję w sprawie „pomnika” wołomińskiego burmistrza. Zarzucali mu obłudnie wydawanie wielkich pieniędzy na takie kontrowersyjne cele. Tymczasem jest jak w radiu Erewań, nie pomnik, tylko mogiła, nie monument tylko krzyż z blachy, nie drogi, bo cała inwestycja prowadzona w trybie bezprzetargowym była przygotowana za 50 tys. zł- czyli mniej niż wartość bryki, którą jeździ każdy radny, nie burmistrza to była decyzja ale XXX i.t.d. W niedzielę prowodyrzy tego haniebnego zamieszania, podjudzacze tchórzliwi nie pokazali się na miejscu, zrejterowali cichaczem przestraszeni rozmiarem burzy , którą z najniższych pobudek rozpętali.
Wstyd wielki, a tym większy, że koniec końców takie osobniki będą i tak rządzić sąsiednim Wołominem.
Smutne.

Droga


To widok na, z całą pewnością, najpiękniejszy fragment ulicy w całej Kobyłce. Fragment nie cała to bowiem ulica, i może nie ulicy najpiękniejszej , ale raczej najpiękniejszej nawierzchni drogowej. Nawierzchnie w całej Kobyłce po akcji kładzenia kanalizacji pokryły się nieuleczalnym liszajem dziur i nierówności, ale tej jednej po wykopaniu dołów i położeniu rur zafundowano lifting i jest jak nowa. Dzieci mogą tam pojeździć na rolkach- to jedyny taki równy kawałek nawierzchni w mieście. Od razu chciałabym się odciąć od posądzeń o malkontenctwo i wrodzone narzekanie na władzę! Uważam, że to całkowity przypadek, że jest to fragment ulicy przy której mieszka obecny burmistrz. Nie dopatruję się w tym żadnego kumoterstwa ani ,broń Boże, lizusostwa podwładnych władnych do wydania takiej decyzji. Raczej widać tu obywatelską troskę i wysoką świadomość. Ufam bowiem, że burmistrz sam za swoje pieniądze położył tę nawierzchnię pod swoim domem, przy okazji robiąc miły podarunek sąsiadom. Do wniosku takiego doprowadziła mnie analiza oświadczeń majątkowych Roberta Roguskiego. Pomiędzy rokiem 2007 a 2009 facet znacznie zbiedniał. Zniknęła gotówka, samochody, dom mniejszy nabył, większy zbywając, zniknęła z oświadczenia jeszcze jedna nieruchomość, a jest za to kredyt na cele remontowe (częściowo spłacony).
Gdyby podobna troską i świadomością wykazali się inni obywatele Kobyłki jakże inne byłoby oblicze miasta , naszego maista, a już na pewno stan nawierzchni.

niedziela, 15 sierpnia 2010

KAWA

Stanowczo twierdzę ,że w Kobyłce i okolicy nie można się nigdzie napić dobrej kawy. Herbaty zresztą też. Nie mam na myśli własnego domu tylko jakiś miłe miejsce, gdzie można spokojnie usiąść n.p w antrakcie zakupów, albo umówić się z kimś na pogaduchy kiedy nie chce się człowiekowi sprzątać w domu. Nie ma, widać nie ma zapotrzebowania.
Na stacji benzynowej Orlen w Zielonce można sobie kupić chyba najlepszą w konkurencji kawa miejscową i pojechać dalej. No chyba, że ktoś lubi posiedzieć sobie na stacji.

RZEŹNIK


Rzeźnik z prawdziwego zdarzenia, rzecz w Polsce ekskluzywna, zajmuje w moim życiu ważne miejsce. Rzeźnik jest jak Litwa! Tylko ten co go w życiu miał i stracił wie po czym tęskni.
Zaraz po przeprowadzce mój mąż postawił wędzarkę i postanowił sam robić wędliny. Oczywiście od wielkiego dzwonu, na co dzień nie mamy na to czasu.
Jak postanowił tak zrobił. Tylko skąd w nowym miejscu wziąć czarodzieja , który wykroi zgrabną szynkę, albo sprzeda żołądek wieprzowy. Znaleźliśmy w Kobyłce taki skarb. Teraz przepisy babci odłożone na święty nigdy można realizować do woli. Kołduny litewskie wymagają dodania tłuszczu spod nerki cielęcej, klops siatki opłucnej, mostek do świątecznego zaplatania- trudu wprawnej ręki, schab w.g Jamiego Olivera musi być wykrojony ze skórą...
Ja wiem, że jestem niedzisiejsza, ale naczytałam się zagranicznych książek kulinarnych ( a tam kulinarnych – nawet w angielskim kryminale każda pani ma zaprzyjaźnionego rzeźnika, do którego dzwoni z zamówieniem )
Skarb pracuje w sklepie mięsnym przy ul. Ręczajskiej. Nie ma co pytać o niecodzienne zamówienia pań, które tam sprzedają, trzeba pytać o pana Wojtka! Zamawiasz, dzwonisz , odbierasz….Europa!

KINO


Moim wielkim- odkryciem jest kino Kultura w Wołominie. Uwielbiam to miejsce i zawdzięczam mu zdecydowanie większą partycypację w kulturze. Co piątek czyta człowiek o filmowych premierach i robi plany co musi obejrzeć natychmiast, co później. Tylko nie zawsze starcza czasu i siły żeby po odstaniu godziny w korku i późnym powrocie do Kobyłki jeszcze raz jechać do Warszawy na wieczorny seans.
W którejś z lokalnych gazetek przeczytałam, że w kinie kultura w Wołominie grają coś czego nie zdążyłam zobaczyć „w mieście”. Pojechałam, znalazłam i od tej pory jestem wielkim fanem tego kina.
Wiem, że nie wszyscy są entuzjastami takich miejsc, ale ja uwielbiam ten klimat późnego PRL-u. Drewniane siedzenia, które głośno skrzypią zanim dobrze się umościsz, czerwone kotary rozsuwane na drucie, brak numeracji miejsc, brak reklam i mdlącego zapachu popcornu. U pani w bufecie można sobie kupić herbatkę albo mieszankę studencką i w spokoju bez dolby surround i 3d obejrzeć nowy film. Nowy nowy, bo rękę właściciele trzymają na pulsie i repertuar jest z gatunku „pierwszej świeżości”. Kino ,niestety dla właściciela ,ale na szczęście dla mnie jest zapełnione tylko połowicznie i można sobie wieczorkiem w ciemnej sali spokojnie , oldskulowo zaliczyć kolejną premierę. Do tego cena ! Bilet kosztuje 10 zł!!!
Mają też repertuar dla dzieci ,ale nie wiem czy dla nich takie kino to frajda. Dzieci lubią ten nowy rytuał-popcorn, cola etc…
Dla mnie jednak zdecydowana bomba!

SKLEPY


Jeżeli sklep w Kobyłce to zdecydowanie Emiś. Teraz są już dwa, ale ja pozostałam wierna temu pierwszemu na Żymirskiego. Sklep ma swoje wady, należy zdecydowanie unikać w piątkowe popołudnia, szczególnie dział mięsny gwarantuje stanie w wielkiej kolejce. Ale poza tym jest tam prawie wszystko pomoże być ci potrzebne. Ma wielki wybór artykułów pierwszej potrzeby, ale i rzadkie delikatesy tam spotkasz. Duży wybór herbat i są otwarci na nowości. Właściciel obecny i czujny, kręci się często wśród klientów, jeżeli czegoś nie ma można to zamówić i z reguły dotrzymują słowa. Niezły dział ze zdrową żywnością ( szczególnie, że w okolicy nie ma takiego sklepu) stale się rozrasta. Ceny różne, część rzeczy w cenach zdecydowanie konkurencyjnych inne kosztują za dużo, ale to już nasz wybór. Mają atrakcyjne promocje. Fajne jest też to, że to taki sklep z gatunku „szwarc ,mydło i powidło”. Ma dobre bo długie godziny otwarcia. Nie masz prezentu dla sąsiada, który zaprosił cię na imieniny żony, wyszły ci grzybki mun, zabrakło wisienek do koktajlu, albo skończył ci się alkohol Emiś da radę.
Z dużych sklepów mamy Lidla i Tesco Wołominie. Do Lidla można się było w Warszawie przyzwyczaić i nie ma się co rozwodzić- Lidl jaki jest każdy wie (szczególnie lubię tam prawdziwą niemiecką chemię gospodarczą i dział alkoholowy) Tesco, w porównaniu z tym warszawskim rozczarowuje wielkością (nie ma alkoholu- bliskość kościoła: ))
Jest też Kaufland, do którego w Warszawie nie można się było przyzwyczaić bo go tam nie ma. Ja lubię tam robić duże zakupy. Szczególnie fajny jest dział serów, może nie ma może wielkiego wyboru jak w Almie, ale za to te promocje serów, których tutaj się nie jada więc i nie sprzedaje. Stąd od czasu do czasu promocyjne ceny niebieskich serów i parmezanu albo grano padano. Bezcenne!
Zdecydowanie unikam małych lokalnych sklepów- marże potrafię tam sięgać 500procent a wybór żaden.
Jakoś tak tutaj jest, że każda informacja o budowie kolejnego sklepu wielkopowierzchniowego wywołuje natychmiastowy bunt miejscowych tzw. kupców ( ja przepraszam, ale kupiec dla mnie to był Wokulski a nie pani, która z córką sprzedaje pieczywo w folii i chipsy) Jakoś dotarło do mnie, że w Wołominie lokalni „kupcy” wykazali się inicjatywą i przy udziale władz miasta wybudowali swoje centrum handlowe. Centrum miejscowych kupców- naiwna ja wyobraziłam sobie jako miejsce ( jak za jakąś zachodnią granicą ) gdzie lokalni producenci sprzedają swoje własne świeże produkty. Jakieś warzywa, jajka od kury zielononóżki n.p., wyroby z wikliny, jakieś rękodzieła. A chała!
Kilkanaście (dokładnie nie liczyłam bo mi złość rozum odjęła) sklepików z chińskim szajsem za to z cenami wyższymi niż u Chińczyka. Nie ma się tam po co fatygować, ale cieszy, że trudem zbiorowym zachowano lokalne miejsca pracy. Cieszę się też ,że więcej tam nie pojadę.
To nie tak, że nie lubię wcale a wcale małych sklepów. Nie lubię takich jakie są tutaj. Kto im broni mieć jakieś świetne pieczywo, jakieś ciasto domowe coś czego nie ma gdzie indziej a jest tylko tam! Nikt im nie broni tylko im się nie chce chcieć.
Jest jednak mały sklep położony w świetnym miejscu tuż przy stacji PK Kobyłka na ul. Orszaga. Odkąd obowiązują nowe przepisy i handel w dni świąteczne jest zabroniony życie taki sklep ratuje wszystkim którzy znajdą się w potrzebie nagłej . Aha ! jeszcze Żabka bliska urzędowi tak ma…

piątek, 6 sierpnia 2010

Transport

Wszyscy straszyli nas mostami. Korki miały nas zabić. Jednak porównując z innymi miejscowościami z lewej strony Wisły wydaje się, że mamy łatwiej niż n.p. Piaseczno. Oni mają jedną drogę i żadnej drogi ucieczki. Z Kobyłki mamy praktycznie możliwość dostania się na wszystkie mosty i kilka głównych dróg dojazdowych. W niedługim czasie powinniśmy doczekać się obwodnicy (nadzieja umiera ostatnia). Jednak jazda samochodem w godzinach szczytu zawsze będzie stratą czasu jeżeli tylko mamy możliwość korzystania z kolei. W dzień trudno pokonać dystans z Warszawy w czasie krótszym niż 40 min. Pociągiem będziemy w Warszawie po 18 min. Przez kilka lat jeździłam autem, ale teraz trudno mnie namówić na taka stratę czasu i pieniędzy. Oczywiście nie jest idealnie, ale to naprawdę super fajnie, że można w kilkanaście minut dostać się do centrum . Pewnie, że w godzinach szczytu nie jest luksusowo, ale lepsze 18 min. niewygody niż godzina w korku. ( oczywiście faceci myślą inaczej)
Tym co najbardziej różni miejscowych i element miejski napływowy jest właśnie stosunek do podróży kolejką. Prawdziwy Kobyłczanin do miasta wybiera się autem, a jego kobieta rzadko i niechętnie (chyba, że tam pracuje). Odkąd zaczęły powstawać w Kobyłce nowe domy wielorodzinne, zwane przez miejscowych pieszczotliwie czworakami, zaczęły samoistnie powstawać parkingi przy stacji kolejowej. Takie miejscowe ”Parkuj i Jedź”. Ich jakość pozostawia wiele do życzenia, ale widać, że władze miasta zaczynają problem zauważyć. 5 lat temu problem nie istniał, teraz jak piszą w lokalnej prasie stał się nabrzmiały.
Podsumowując kolej tak, autobus i samochód nie!

Kierunek

Kiedy kupowaliśmy dom Kierunek Wołomin nie cieszył się popularnością. Wystarczyło wspomnieć Wołomin i przed oczami znajomych i rodziny rysowały się najstraszniejsze scenariusze, kryminalne oczywiście , z nami w charakterze ofiar . My byliśmy znacznie mniej przestraszeni. Jednak PR nie był dobry.
Kroniki kryminalne często były pełne ciekawych wydarzeń dziejących się w okolicy. Od krwawych mafijnych egzekucji, poprzez mafię samochodową , wydajne wytwórnie amfetaminy aż po zuchwałą kradzież kury z rąk skubiącego jej zewłok właściciela.
Pewnie gdyby nie ślepa miłość decyzja o przeprowadzce byłaby trudniejsza.
Mimo obiegowej złej sławy tej okolicy nie żałujemy przeprowadzki.
Kobyłka okazała się spokojnym cichym i bezpiecznym miejscem do życia. Pewnie nawet dość nudnym. Ale po latach wielkomiejskiego życia to raczej zaleta. Myślę sobie, że „przybylscy” tak mało chcą bo to czego chcieli przeprowadzając się tutaj już dostali: więcej zieleni, więcej przestrzeni, ciszę i większy metraż
Żyje się tutaj całkiem wygodnie, nie czujemy się zesłani z Warszawy. Wszędzie jest naprawdę blisko. Do teatrów, opery, klubów jeździ się wieczorem a zatem szybko i bez korków. Mamy łatwy dojazd do dużych centrów handlowych a to jest bardzo ważne jak się człowiek buduje, remontuje lub urządza. Mam wrażenie, że szybciej docieram do Makro w Ząbkach niż do tych w Al. Jerozolimskich z Marszałkowskiej gdzie mieszkałam. A Ikea w Jankach – to była masakra w porównaniu z Ząbkami.

Dom


Od niego wszystko się zaczęło. Zakochaliśmy się w domu. W starym blisko 100-letnim domu. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyliśmy go wieczorem w grudniu. W ciemnościach niewiele było widać, ale ogród pokryty śniegiem miał niesamowity klimat. Oględziny wnętrza jeszcze pogorszyły sprawę. Dom był spełnieniem naszych marzeń. Wszystko w środku było stare, zaniedbane i wołało zaopiekuj się mną. Dom otoczony ogrodem, starym, pełnym wielkich drzew, bzów, jaśminów. Ogrodem, którego nie można stworzyć w kilka lat a bardzo trudno kupić. To uczucie, jak to uczucie, spadło na nas nagle i niespodziewanie. Nie byliśmy jeszcze wtedy zdecydowani na przeprowadzkę za miasto. Przez ostatnie 10 lat mieszkaliśmy na Marszałkowskiej i po pierwszych zachwytach, że wszędzie blisko, że takie fajne miejsce, zaczynaliśmy mieć powoli dosyć mieszkania na szlaku i prowadzenia domu otwartego. Decyzję znacznie przyśpieszyły nasze zwierzęta, które zgadzały się, że weekendowe wyjazdy to za mało i, że mają dość siusiania na chodnik. Właściciele budowali nowy dom tuż obok i na spełnienie marzeń trzeba było jeszcze poczekać. Remont zaczęliśmy w 1999 roku we wrześniu i trwa on do dziś.


wtorek, 6 lipca 2010

Przeprowadziliśmy się z Warszawy do Kobyłki

Przez dłuższą chwilę byliśmy rozdwojeni na dwa życia w Kobyłce i Warszawie. Pełnoprawnymi mieszkańcami Kobyłki jesteśmy od 3 lat. nie możemy powiedzieć, że jesteśmy stąd, ale też nauczyliśmy się tutaj żyć.
Dzisiaj kiedy kierunek Kobyłka stał się bardziej popularny .Coraz więcej ludzi buduje się i kupuje tutaj mieszkania. Wybiera to miejsce na życie. Postanowiłam stworzyć mój całkowicie subiektywny przewodnik po miejscach przydatnych niezbędnych do życia w Kobyłce. Także napisać czego tutaj nie znalazłam i czego próżno tutaj szukać. To nie jest forum dyskusyjne , ale będę wdzięczna wszystkim, którzy polecą swoje ulubione miejsca i adresy.
Miejscowym pewnie nie jest potrzebne takie oswajanie, przybywającym na pewno się przyda. trawestując francuskie powiedzenie, można powiedzieć, że przeprowadzić się to trochę umrzeć. tracimy zawsze – ulubione miejsca gdzie piliśmy kawę, ulubioną księgarnię, pralnię , szewca a nawet część przyjaciół, ale ponieważ życie nie znosi próżni zdobywamy nowe miejsca, adresy kontakty…
i o tym będzie…